Wiedza i Życie 10/2007
W numerze m.in.:
Fotoreportaż
Szklana menażeria; Elżbieta Wieteska
Demografia
Cywilizacja megaslumsów; Andrzej Hołdys
Architektura
Awangarda dla mas; Elżbieta Wieteska
Medycyna
Efekt domina; Marcin Wełnicki
Astronomia
Kurs na zderzenie; Weronika Śliwa
Historia literatury
Pisarzów polskich przypadki i wpadki; Jerzy Besala
Laboratorium
Hodowcy kryształów; Hanna Męczyńska
14 października 1631 roku wyładowana srebrem hiszpańska flota wyruszyła w drogę powrotną z meksykańskiego Veracruz do rodzimego Kadyksu. Sztorm nie pozwolił jednak marynarzom dotrzeć do macierzystego portu.
Sokrates cenił spokój własnego sumienia i prawdę wyżej niż życie. Gotów był oddać je za wartości, które głosił. Nie każdy jednak jest tak konsekwentny, by chociaż żyć w zgodzie z głoszonymi poglądami.
Kiedyś człowieka uznawano za martwego, gdy przestawał oddychać i zamierało jego serce. Dziś mamy śmierć komórki, narządów, śmierć biologiczną, kliniczną, śmierć pnia mózgu. 
Za ćwierć wieku w miastach będzie żyło 5 mld ludzi, z tego 2 mld będzie się gnieździć w slumsach. Dzielnice nędzy staną się więc miejscem życia co czwartego mieszkańca planety.
Aktualne numery
07/2017
06/2017
Kalendarium
Czerwiec
28
W 1978 r. statek Sojuz 30 z Mirosławem Hermaszewskim i Piotrem Klimukiem na pokładzie przycumował do stacji orbitalnej Sojuz 6.
Warto przeczytać
Odkrycia Svante Pääbo zrewolucjonizowały antropologię i doprowadziły do naniesienia poprawek w naszym drzewie genealogicznym. Stały się fundamentem, na którym jeszcze przez długie lata budować będą inni badacze

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2012-05-28
Kusząca pseudoprawda

Społeczeństwo poznaje się po jego wybrańcach - mówi bohaterka filmu Woody'ego Allena „Celebrity", który punktuje absurdy współczesnej fascynacji medialnymi sławami i trendami.  Reality TV, czyli telewizja nadająca w czasie rzeczywistym, uzależnia skuteczniej niż inne media, ponieważ pracuje nad emocjami i tożsamością swojego odbiorcy.

Oto krótki przegląd majowych ramówek największych stacji telewizyjnych w Polsce: poniedziałek - futbolowy talent show „Najostrzejsza drużyna Gillette", wtorek - telenowela dokumentalna „W11 - Wydział Śledczy", środa - talent show „You can dance", czwartek - metamorfozy restauracji w „Kuchennych rewolucjach", piątek - terapeutyczne „Rozmowy w toku", sobota - w tym samym czasie dwa talent show „Bitwa na głosy" i „X Factor", niedziela - kolejny talent show „Must be the music" i reality show „Surowi rodzice". Wiele osób nie przyznaje się publicznie, że je ogląda, a jednak doskonale wie, kto w nich występuje i kto zwycięża.

Skąd ta popularność i ten wstyd?  Nie ma dziś medium tak silnie krytykowanego za miałkość jak telewizja i nie ma medium tak chętnie konsumowanego jak... telewizja. Owszem, goni ją internet, ale gros jego użytkowników szuka w sieci seriali i ogląda najzabawniejsze fragmenty telewizyjnych programów rozrywkowych. Koncern Panasonic rozpoczął niedawno współpracę z MySpace TV, podtypem znanego portalu społecznościowego. Umożliwia on udostępnianie znajomym ulubionych audycji telewizyjnych, także w czasie realnym, czyli tego, co się aktualnie ogląda. Kiedy upowszechni się dostęp do usługi Television On Demand, która m.in. pozwala omijać bloki reklamowe, grono regularnych użytkowników małego ekranu zapewne jeszcze się powiększy.   Henry Jenkins, profesor Massachusetts Institute of Technology i University of Southern California, autor monografii „Kultura konwergencji", przekonuje, że „stare media nigdy nie umierają", lecz zmieniają narzędzia, którymi chcą zaskarbiać lojalnych konsumentów. Jenkins, wraz z Jane Shattuc i Tarą McPherson, ogłosił w 2003 r. manifest „Kultura bliska ciału". Jego główna teza mówi o emocjonalnej, wręcz intymnej więzi między zapośredniczoną medialnie kulturą popularną a jej odbiorcą. Ta relacja zmienia anonimowych adresatów mediów w fanów. Nadawcy telewizyjni mogą więc spać spokojnie, o ile wpiszą się we współczesny etos ideowy i kod kulturowy.

Przyjemność z zażenowania

„Telewizja na naszym terenie skutecznie mogłaby walczyć z plagą pijaństwa, z chuligaństwem, zapewniając mieszkańcom ośrodków robotniczych i wiejskich, pozbawionych odpowiednich rozrywek, przyjemne spędzenie czasu" - pisali na początku lat 60. urzędnicy Radiokomitetu. Reżimowa telewizja jednak opornie wykorzystywała ten potencjał. Według Jarosława Kończaka w 1959 r. programy stricte rozrywkowe wypełniały tylko 17% ramówki. Obecnie w stacjach komercyjnych zajmują połowę czasu antenowego.  John Fiske, emerytowany profesor wydziału sztuk komunikowania na University of Wisconsin-Madison, był jednym z pierwszych akademików, który przyznał publicznie, że uwielbia oglądać telewizyjne widowiska rozrywkowe, i uczynił z tego zamiłowania przedmiot swoich analiz. W jego opinii kluczem do odkrywania przyjemności popkulturowych jest dwojakiego rodzaju zażenowanie: z faktu oglądania głupiego programu, ale także obserwowanie zażenowania u samych uczestników audycji. To pierwsze utwierdza widzów w przekonaniu, że wciąż mają krytyczny dystans do produkcji medialnej, to drugie - że moralnie górują nad bohaterami telewizyjnego show. Fiske wyróżnia, za Rolandem Barthes'em, dwa rodzaje przyjemności czerpanej z kultury popularnej. Jouissance (fr. rozkosz) to przyjemność cielesna związana z zaspokajaniem potrzeb seksualnych i psychofizycznych, zwłaszcza tych, na które jednostce brakuje społecznego przyzwolenia. Stąd bierze się u publiczności wyczekiwanie ekshibicjonistycznego seksu lub przemocy wśród bohaterów reality show. Kiedy do tego dochodzi, część widzów odczuwa satysfakcjonujące zmysły zażenowanie z obserwacji scen, których sami pragną, ale nie są w stanie ich urzeczywistnić. Drugi typ to plaisir (fr. przyjemność, zabawa) - reakcja kulturowa mająca korzenie w dominującej ideologii, której człowiek uczy się w procesie socjalizacji. Jedną z form plaisir jest traktowanie niewymagającego intelektualnie programu telewizyjnego jako nagrody za wypełnianie żmudnych obowiązków domowych i zawodowych. Co za tym idzie, użytkownik kultury popularnej wytwarza jej prywatne znaczenia - np. talent show staje się dla niego substytutem niespełnionych ambicji artystycznych. Widz racjonalizuje swoją przeciętność, wmawiając sobie, że gdyby wziął udział w medialnej rywalizacji, na pewno by wygrał, ale nie zrobi tego, bo jest rozważniejszy od ośmieszających się na ekranie zawodników. 

Podziel się talentem

Zdaniem wielu nazwa Reality TV to oksymoron - ten typ telewizji tworzy za pomocą nowych formatów jedynie iluzję realności. Do jej głównego repertuaru należą programy typu reality show, talent show, teleturnieje, talk-show i telenowele dokumentalne.  „Big Brother" był emitowany w Holandii w 1999 r., premiera polskiej wersji odbyła się dwa lata później. Odcięci od zewnętrznego świata ochotnicy, wystawieni na voyeuryzm publiczności, walczyli o sympatię widzów i o atrakcyjne nagrody. Z kolei w widowiskach survivalowych śmiałkowie musieli pod okiem kamer przeżyć na samotnej wyspie albo w starej twierdzy („Wyprawa Robinson", „Nieustraszeni"). Co ciekawe, w 2001 r. zwycięzcą drugiej serii paraszpiegowskiego „Agenta" został obecny minister zdrowia Bartosz Arłukowicz. Pojawiły się także projekty, które można nazwać randką w ciemno 24 godziny na dobę („Amazonki", „Gladiatorzy").  Reality show skupia jak w soczewce cechy telewizji na żywo. Oferuje obrazy dziejące się w czasie rzeczywistym, a więc na pierwszy rzut oka autentyczne i spontanicznie inicjowane. Zwykle jednak po kilku odcinkach serii okazuje się, że formuła rywalizacji zmienia jej bohaterów w domorosłych polityków walczących o głosy widzów. Dlatego do fenomenu przyjemnego dla publiczności zażenowania z wpadek uczestników programu dochodzi tzw. efekt Buñuela. Tym mianem Manfred Clemenz, profesor psychologii społecznej i psychoterapeuta, określa syndrom klasy średniej, która podobnie jak postacie z filmów hiszpańskiego reżysera bezskutecznie szuka ucieczki od społecznych konwencji i przy tym sadomasochistycznie obnaża swoje zezwierzęcenie.

Współczesna burżuazja wykorzystuje do tego media, które - paradoksalnie - za pomocą najnowocześniejszych technologii zacierają granice między kulturą, polityką a naturą.   Zmasowana krytyka reality shows zaczęła się, jeszcze zanim format trafił do polskiej telewizji. Zaniepokojenie nową modą wyrażał sam Jan Paweł II. Tragiczną kulminacją lamentu intelektualistów była samobójcza śmierć Sinisy Savii w 1997 r., uczestnika szwedzkiej „Wyprawy Robinson", który załamał się po tym, kiedy jako pierwszy odpadł z programu. Gwoździem do trumny reality show stał się jednak holenderski „De Grote Donorshow" z 2007 r., w którym widzowie mieli zadecydować, kto z chorych uczestników najbardziej zasługuje na nerkę umierającej Lisy, i trzy lata późniejszy amerykański „Bump", gdzie młode kobiety, które zaszły w nieplanowaną ciążę, zastanawiały się, czy poddadzą się aborcji. W obu przypadkach okazało się, że głównymi bohaterami są podstawieni aktorzy, a twórcom chodzi o wywołanie skandalizującej dyskusji.  Rehabilitacja skompromitowanego formatu poszła w kilku kierunkach. Z jednej strony, odrzucono pozory, że na ekranie występują naturszczycy, i zaproszono celebrytów („Taniec z gwiazdami", life-opera rodziny Ozzy'ego Osbourne'a). Z drugiej strony, pojawiły się docu-soaps - telenowele dokumentalne, które łączą realistyczną i edukacyjną treść dokumentu z estetyką serialu. Ich autorzy stawiają sobie za cel uchwycenie ekstremalnych emocji i sytuacji granicznych. Dlatego wiele z nich dzieje się na szpitalnych korytarzach: polski „Pierwszy krzyk" dotyczył oczekiwania na narodziny dziecka, a „Operacja życie" - transplantacji organów.  Od dekady w Stanach Zjednoczonych, a od kilku sezonów w Polsce rozrywkową wizytówką stacji telewizyjnych jest bardziej wysublimowana odmiana reality shows, czyli talent show. Rozwój tego gatunku wiąże się z miękkimi strategiami marketingowymi, z ekonomią afektywną - jak mówi Jenkins. Kryje się za tym skupienie uwagi nadawców na analizie emocjonalnych przesłanek stojących za wyborami widzów.

W efekcie odbiorca dostaje pozornie bardziej wyrafinowaną rywalizację niż w typowym reality show (zamiast zjeść pająka, trzeba dobrze zaśpiewać lub zatańczyć), która wpisuje się w schemat baśni o Kopciuszku - biedny, ale zdolny zawodnik dostaje przepustkę do sławy dzięki dobrej wróżce, czyli publiczności. Talent show buduje wzajemnie uzależniającą relację między uczestnikami programu a jego widzami. Mamy stać się współodpowiedzialni za sukces naszego faworyta, gdyż uosabiania on nasze ukryte talenty i jednocześnie jest równie zwyczajny jak... my. Poczucie to wzmacniają zakulisowe ujęcia zestresowanych konkurentów i nieustanne powtórki ich scenicznych dokonań. Ten nieprzerwany recykling obrazów obnaża zresztą iluzoryczność lojalnego stosunku widza do bohatera show. Na każdym etapie audycji można otrzymać wizualny pakiet danych o tym, co działo się wcześniej, i na chwilę włączyć się w kibicowanie, a potem bezboleśnie przełączyć na inny kanał.  Kopciuszek często przegrywa w oczach publiki ze złą siostrą. Według badań amerykańskiego instytutu Initiative Media większość telewidzów woli oglądać postacie, o których ma ambiwalentne zdanie. Koniec końców największą szansę na wygraną mają zawodnicy niekoniecznie najbardziej utalentowani, lecz najbardziej autentyczni. „Autentyczność to obsesja epoki nowoczesnej" - pisze Michał Warchala i zauważa, że łatwiej określić, czym autentyczność nie jest, niż czym jest. W rzeczywistości medialnej oznacza najczęściej odrzucenie blichtru celebrytów i anormatywność. Kilka lat temu faworytką brytyjskiego „Mam talent" z dnia na dzień stała się Susan Boyle, nieurodziwa czterdziestoletnia bezrobotna mieszkanka prowincji o anielskim głosie. Od pierwszej zaśpiewanej przez nią piosenki pokochano ją za jej niemedialność i równie szybko odkochano się, kiedy nabrała kaprysów gwiazdy.

Terapia od przedszkola

Specyficzny program wychowawczy, skierowany do odbiorcy mediów, stanowi clou do wyjaśnienia fenomenu telewizji XXI w. O ile „Big Brother" był łabędzim śpiewem kultury masowej, o tyle nowe formaty telewizyjne są dzieckiem narcystycznej kultury terapeutycznej. Kultura masowa niosła ze sobą przekaz: Jesteś przeciętny i to jest OK, nie musisz się zmieniać. Współczesna kultura terapeutyczna mówi: Nie jesteś OK, ale możesz zmienić się na lepsze i my ci w tym pomożemy. Nieudacznikiem jest ten, kto się nie doskonali. W 1979 r. Christopher Lash opublikował proroczą pracę pt. „Kultura narcyzmu. Amerykańskie życie w epoce malejących oczekiwań". Analizował fenomen społeczeństwa fanów - niespełnionych jednostek, które chciałyby się zakochać w sobie, ale nie mają za co i przenoszą swoje narcystyczne skłonności na uwielbienie dla celebrytów. Medialne gwiazdy stają się wyroczniami, jak wyglądać, co jeść, jak żyć. Według amerykańskich psychiatrów co dziesiąty mieszkaniec Stanów Zjednoczonych cierpi na lekkie lub silne objawy Celebrity Worship Syndrome (syndrom kultu celebrytów), czyli uzależniające, a czasami maniakalne śledzenie poczynań medialnych sław. Christine Rosen, która po latach na nowo odczytała klasyczne studium Lasha, uważa, że opisywane przez niego zjawiska przybrały dziś znacznie bardziej drastyczną i inwazyjną formę. Kult terapii to kamień milowy w budowaniu etosu chwalonego i dopieszczonego człowieka. Efektem jest dominacja po obu stronach telewizyjnego ekranu tzw. „narcystycznej osobowości naszych czasów", czyli człowieka zależnego od innych, gdy chodzi o własną samoocenę, który nie może żyć bez podziwiającej go publiczności. Symptomem ostrzegawczym powinna być sytuacja, kiedy jednostka odrzuca własną odpowiedzialność za siebie i swoich bliskich - i oddaje się w ręce medialnych ekspertów, tzw. fast-thinkers, którzy mają gotową odpowiedź na każdy temat. Jeżeli nie radzimy sobie z wychowaniem dzieci, zwracamy się o pomoc do Superniani.

Gdy nie podobamy się sobie w lustrze, idziemy do Trinny i Susannah. Kiedy nie potrafimy utrzymać czystości w domu lub nie wiemy, jak wyprawić przyjęcie, zgłaszamy się do konsultantów od sprzątania i etykiety (takim transformacjom były poświęcone m.in. brytyjskie serie „The Life Laundry" i „The Dinner Party Inspectors"). Osoby występujące w tych widowiskach zapewniają, że chodzi nie tylko o czyste mieszkanie i zadbaną twarz, ale o lifting życia. Terapeutyczny wymiar tych programów ma skutkować wyzwoleniem się człowieka z jarzma dotychczasowych przywar. O jaką jednak wolność tu idzie? Nikolas Rose z londyńskiego King's College, kontynuator myśli Michela Foucaulta, od ponad 20 lat ostrzega, że mamy do czynienia z kolonizacją produkcji kulturowej i naukowej przez dyskurs psychoterapeutyczny. Celem tej ekspansji ma być czynienie z ludzi podmiotów, rządzących sobą wedle pewnego społecznie preferowanego schematu. Z kolei Anita Biressi i Heather Nunn z Roehampton University tłumaczą, że za kulturą terapeutyczną kryje się medialna ekonomia realizmu. Ów nowy idiom polega na utwierdzaniu społeczeństwa w przekonaniu, że każda jednostka nosi w sobie jakiś problem psychiczny lub psychofizyczny, który należy poddać terapii. Jeśli nie stać nas na prywatnego psychoanalityka - w odwodzie zostaje Trauma TV i Event TV. To aktualnie dominujące formuły Reality TV. Ta pierwsza celebruje ludzkie nieszczęścia i ich eksperckie rozwiązania, ta druga pokazuje, że każdy może być człowiekiem sukcesu (w śpiewaniu, sprzątaniu itd.), jeśli tylko podda się medialnym schematom programowania stylu życia (lifestyle programming). Ostateczną konsekwencją tych przemian jest pojawienie się nowej hybrydy wśród formatów medialnych. Po infotainment i edutainment, które oznaczały zbliżenie informacyjnej i edukacyjnej funkcji mediów do rozrywki, medioznawca John Hartley przewiduje boom na democratainment.

W wyniku społecznych akcji medialnych odbiorcy są bombardowani hasłami, jak być bardziej świadomym i aktywnym uczestnikiem społeczeństwa obywatelskiego i jednocześnie mniejszym ciężarem dla państwa. Ideologia zrób-się-sam-obywatelem forsuje pewien model podmiotowości, który sprawia, że podnosimy swoją samoocenę (bo w przerwie „Tańca z gwiazdami" wysyłamy SMS na rzecz chorych dzieci). Jednakże ma więcej wspólnego z kreowaniem stylu życia niż z wolnością wyboru. Czy jesteśmy skazani na nasiąkanie ideologią dawkowaną nam poprzez Reality TV? Stuart Hall, legendarny współtwórca brytyjskich studiów kulturowych, podkreśla, że częściowy opór ze strony konsumenta mediów jest możliwy, kiedy podejmuje on wysiłek, by zdemitologizować oferowany mu przekaz. Dekoduje go za pomocą wypracowanego na własny użytek krytycznego kodu opozycji. Hall nie ma złudzeń, że bunt grupki odbiorców jest w stanie zmienić system medialny, uważa jednak, że należy go kontestować, by pokazywać, że istnieje alternatywa. Co nie wyklucza czerpania cynicznej przyjemności z oglądania programów, które uważamy za głupie.