Wiedza i Życie 11/2010
W numerze m.in.:

Astronomia
Naprawdę dziwne urodziny; Weronika Śliwa
Jak to działa
Eksperymentujemy w Koperniku; Adrian Markowski
Historia
Palenque: miasto - tajemnica; Marek Łasisz
Medycyna
Obcy w naszej głowie; Paweł K. Mazur
Cywilizacja
W oparach absyntu; Emilia Kunikowska
Środowisko
Sadza też nas grzeje; Andrzej Hołdys

Głównym sprawcą zmian klimatycznych, jak wiadomo, jest dwutlenek węgla. Ale na drugie miejsce, dzięki nowym badaniom, awansowała ostatnio sadza. Przez długi czas głównym źródłem sadzy były...
Wytrwale towarzyszy powieściowym i filmowym bohaterom, bo jest na usługach dwóch potężnych sił - cywilizacji i nowoczesności, od których zależy kondycja współczesnego człowieka. Sceneria dworca kolejowego pojawia się...
Palenque to jedno z najpiękniejszych miast Majów. Położone na terenie meksykańskiego stanu Chiapas, u stóp niskich wzgórz, niestrudzenie opiera się dżungli, która od wielu wieków próbuje je pochłonąć. W tym roku Meksyk obchodzi...
Jest, jaki jest - stabilny, przewidywalny, niezmienny... A może tylko tak się nam wydaje? Początki Układu Słonecznego były niezwykle burzliwe, a jego skomplikowana ewolucja trwa do dziś. Jak powstało Słońce i okrążające je planety?
Aktualne numery
08/2017
07/2017
Kalendarium
Sierpień
21
W 1945 r. amerykański fizyk Harry Daghlian został śmiertelnie napromieniowany podczas przeprowadzania doświadczenia w laboratorium w Los Alamos.
Warto przeczytać
Odkrycia Svante Pääbo zrewolucjonizowały antropologię i doprowadziły do naniesienia poprawek w naszym drzewie genealogicznym. Stały się fundamentem, na którym jeszcze przez długie lata budować będą inni badacze

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Adam Leszczyński | dodano: 2012-05-28
Koniec kiczu

Kicz świąteczny jest uniwersalny. Świadczy o tym biznes Zhanga Guoyanga z Szanghaju, największego z chińskich producentów bożonarodzeniowych dekoracji. Co roku jego firma zarabia ponad 100 mln dol., sprzedając na całym świecie sztuczne drzewka, Świętych Mikołajów z włókna szklanego i renifery z posrebrzanego kartonu. Nie to jest jednak ciekawe - dziś w Chinach produkuje się przecież prawie wszystko - zaskakujące jest to, że połowę towaru Zhang Guoyang sprzedaje w swoim kraju, chociaż Boże Narodzenie to w Chinach zupełnie obca tradycja. Wielkie Mikołaje - ustawiane przed centrami handlowymi i hotelami - w wersji na rynek wewnętrzny mają już azjatyckie rysy. Świąteczny wystrój staje się popularny - zauważył odwiedzający firmę pana Guoyanga reporter amerykańskiej gazety "New York Times" - wśród chińskich firm rozdających premie pod koniec roku i wśród handlowców, którzy chcą podnieść sobie obroty.

Święta to najlepszy okres dla handlu, a skoro tradycji nie ma - to trzeba ją stworzyć. Nikomu nie przeszkadza, że nawet Zhang Guoyang nie wie, kim był Święty Mikołaj, chociaż zarabia na nim dziesiątki milionów dolarów rocznie. - To chyba jakaś postać z historii o Jezusie - powiedział reporterowi. Imponującym przykładem świątecznego kiczu jest wystawiana co roku w Nowym Jorku show "Magnificent Christmas Spectacular" - trwajaca półtorej godziny rewia z ponad stuosobową obsadą i ponad trzema setkami kostiumów. W trakcie spektaklu widzowie przenoszą się z bieguna północnego - gdzie mieszka Święty Mikołaj ze swoimi reniferami - do pokojów dziecinnych udekorowane setkami pluszowych misiów. Wszystko wygląda jak lukrowana ilustracja z książeczki z opowieściami o Bożym Narodzeniu - ekumenicznymi i multikulturalnymi oczywiście, żeby nikogo na widowni nie urazić.

Czy to kicz? Oczywiście. Jednak jak wiele innych słów, których używa się intuicyjnie (takich jak "piękno" czy "brzydota"), kicz nie jest łatwo zdefiniować. Specjaliści - historycy i krytycy sztuki oraz filozofowie zajmujący się estetyką - używają oczywiście tego słowa, bardzo często jednak nie zgadzają się, co ono właściwie znaczy. Niektórzy z nich nawet twierdzą, że kiczu już nie ma. Kiedyś był, ale dziś - chociaż otacza nas masa kiczowatych przedmiotów, od domów z wieżyczkami stylizowanymi na laboratorium Gargamela po plastikowe świecące obrazy z tonącym Titanikiem - już go nie ma. Skoro są kiczowate przedmioty, jak można twierdzić, że kicz jako zjawisko już nie istnieje? Tym sporom warto przyjrzeć się bliżej.

Epoka tandety

Chociaż słowem "kicz" zaczęto posługiwać się niedawno w latach 70. XIX wieku - samo zjawisko jest znacznie starsze. Być może tak stare jak sztuka. Dla niemieckich krytyków sztuki z Monachium, którzy pierwsi zaczęli posługiwać się tym słowem (verkitschen oznaczało "zrobić tanio"), kicz oznaczał coś, co udawało prawdziwą sztukę: tandetne pejzaże w wielkich złoconych ramach albo sprzedawane na bazarach kolorowane obrazki, drukowane w wielkich nakładach. Bezguście jest ponadczasowe, ale słowo powstało właśnie w tym miejscu i w tym czasie nieprzypadkowo.

Całe Niemcy przeżywały wówczas okres niebywałego gospodarczego rozwoju. Bogacący się kupcy i fabrykanci chcieli zamanifestować swoją zamożność i stylem życia upodobnić się do starej arystokracji. Tyle że do tego nie wystarczają pieniądze - należy jeszcze mieć dobry gust. W praktyce oznacza to, że trzeba wiedzieć, co kupić i co wypada powiesić w swoim salonie. W XX wieku miało się jeszcze wielokrotnie okazać, że ludziom łatwiej udaje się dorobić olbrzymiej fortuny, niż nauczyć, co jest naprawdę ładne. Szybkiemu bogaceniu się społeczeństw - np. Amerykanów w latach 50. czy Japończyków w latach 70. i 80. - towarzyszyła zawsze eksplozja kiczu.

Nowobogaccy zazwyczaj nie znają się na sztuce, a skoro się nie znają, wybierają zawsze taką, która im się wydaje bezpieczna - bo nie urazi i nie szokuje ani ich, ani ich znajomych. Wybierają także to, co im się wydaje reprezentacyjne, bo chcą pokazać, że stać ich na przedmioty drogie i bezużyteczne (to zawsze stanowi symbol wysokiej pozycji społecznej). Kupują też to, co im się podoba i co rozumieją. Do tego, żeby docenić obraz abstrakcyjny, potrzeba wiedzy i przygotowania. Na jelenia na rykowisku albo rozświetlonego elektrycznymi lampkami Titanica wystarczy spojrzeć, żeby zobaczyć, że starają się być ładne.

To są właśnie podstawowe cechy kiczu: jest łatwy w odbiorze i nie wymaga wysiłku intelektualnego czy wyobraźni; udaje coś, czym nie jest, czyli na przykład wybitny obraz realistyczny, podczas gdy naprawdę pozostaje skonwencjonalizowany i tandetny, a skoro jest skonwencjonalizowany, to nie zaskakuje. Kicz może być również nieudolnym naśladownictwem dobrze znanego dzieła sztuki. Skoro kicz jest bezpieczny i swojski, idealnie nadaje się jako oprawa świąt: niewielu ludzi oczekuje od pocztówki ze Świętym Mikołajem głębokich przeżyć duchowych. Kicz może być tani, ale nie musi. Plastikowa buteleczka na wodę święconą w kształcie Matki Boskiej z odkręcaną głową (to kicz religijny) kosztuje tylko kilkanaście złotych.

Na obraz jednego z Kossaków - których wielokrotnie oskarżano o kiczowatość - trzeba wydać na aukcji grube dziesiątki tysięcy złotych. Kicz jest tani zawsze tylko w tym sensie, że stosuje tanie i przewidywalne chwyty. Do klasycznych kiczowatych pamiątek podróżniczych należy nie tylko ciupaga z napisem "pamiątka z Tatr" czy góralskie kapcie w kolorowe wzorki, ale też zdjęcie stada słoni na tle ośnieżonego szczytu Kilimandżaro przywiezione z Kenii. Na razie wszystko jest proste. Kiedy jednak zrobimy krótki przegląd kiczu, sprawy zaczynają się komplikować.

Słodkie obrazki

Istnieje wiele dzieł sztuki, które były posądzane o to, że są kiczem - i spełniają naszą definicję - ale mimo to wcale nie jest to oczywiste. Czy sztuka totalitarna jest kiczem? Socrealizm - oficjalne malarstwo i rzeźbę krajów komunistycznych - łatwo dziś uznać za kicz. Trudno nie parsknąć śmiechem, oglądając majestatyczne płótna z wąsatymi, krzepkimi murarzami, muskularnymi torsami usmolonych górników czy traktorzystkami w kombinezonach albo ogromne sceny zbiorowe ze Stalinem czy z Leninem w centrum. Obrazy i rzeźby socrealistyczne bywają często pretensjonalne oraz tandetne - tak, że mogłyby z powodzeniem znaleźć się w każdym, nawet najbardziej drobnomieszczańskim salonie.

W odróżnieniu jednak od oryginalnego mieszczańskiego kiczu nie próbują udawać czegoś, czym nie są. Ich propagandowe przesłanie jest oczywiste: mają sławić socjalizm w sposób - jak wówczas mówiono - zrozumiały dla mas, a nie tylko dla garstki inteligentów. Sławna odznaka "Lenin jako dziecko" - przedstawiająca małego Lenina jako jasnowłosego aniołka w środku czerwonej gwiazdy - jest uderzająco kiczowata. To jednak nie to samo: socrealizm był świadomym programem artystycznym, a kicz jest spontaniczny i naiwny. Trzeciorzędni monachijscy malarze tworzyli kiczowate obrazy, bo nic innego nie umieli. Socrealiści malowali i rzeźbili naiwnie i naturalistycznie wyglądających robotników oraz kołchoźnice, bo takiego dokonali ideowego wyboru (a czasami ich do niego po prostu zmuszono). To zasadnicza różnica. Bardzo często byli to wybitni twórcy, dla których socrealizm stanowił tylko jeden z etapów w ich życiu; tak było m.in. ze sławnym rzeźbiarzem Xawerym Dunikowskim.

Tu docieramy do jednego z podstawowych kłopotów z kiczem. Mówienie o nim ma sens wtedy, kiedy wiemy, co jest dobre, a co nie - kiedy wiadomo, co jest sztuką wysoką, pod którą kicz się może podszywać, a co - niską i popularną. Jeżeli nie istnieją gusty lepsze i gorsze (albo potrafią szybko i radykalnie się zmieniać), nie istnieje także kicz. Dziś już wcale nie jest pewne, że kiczem można nazwać dzieła kultury masowej - takie jak komiksy czy filmy klasy "B" (na przykład niskobudżetowe horrory). O ile film sto lat temu w ogóle uważano za rozrywkę "dla dzieci i służących" - a nie przedmiot artystycznej krytyki - szybko doczekał się uznania. Nieco dłużej musiał na nią czekać komiks, ale dziś poważne recenzje tomów klasyków komiksu - takich jak Frank Miller, autor ekspresjonistycznego "Miasta Grzechu" - pojawiają się w wielkonakładowych dziennikach w dziale "kultura". To świadectwo, że przynajmniej niektóre komiksy należą dziś do kultury wysokiej - o ile w ogóle jeszcze da się ją jakoś określić.

Kicz oswojony

Co więcej, dzieła ostentacyjnie kiczowate - takie, które same za takie się podają - nie muszą być kiczem. Oto jak krytyk "Gazety Wyborczej" Wojciech Orliński opisuje przez wiele osób uwielbiany - film Jima Sharmanza z 1975 roku "Rocky Horror Picture Show": Film jest beztroską mieszaniną najbardziej tandetnych wątków horroru i science fiction, podlanych obficie sosem fetyszystyczno-biseksualnym. [...] Wszystko o tym filmie mówi otwierająca go piosenka "Science Fiction Double Feature", śpiewana przez gigantyczne usta zawieszone w kosmosie. Przywołuje ona różne klasyczne stare filmy akcji i fantastyki - "King Konga", "Dzień, w którym Ziemia zamarzła" i "Frankensteina", wzbogacając je częstochowskimi rymami o erotycznej dwuznaczności (mój ulubiony fragment tej piosenki to "And Flash Gordon is there, in silver underwear", czyli "Jest tam i Flash Gordon w srebrzystej bieliźnie"). Dodajmy, że fabuła "Rocky Horror Picture Show" świetnie pasuje do tej stylistyki: dwoje młodych ludzi łapie gumę w nocy w środku lasu. Szukając pomocy, trafiają do zamczyska, w którym mieszka szalony naukowiec dr Frank-N-Furter.

Demoniczny uczony pracuje nad stworzeniem sztucznego monstrum - Rocky Horrora. Przy okazji w zamku odbywa się Doroczna Konwencja Transylwanian, a więc jest tam pełno wampirów, potworów i rozmaitych najeźdźców z kosmosu. Wszyscy śpiewają Glam Rocka i oddają się bliżej niesprecyzowanym, ale bardzo nieprzyzwoitym orgiom - pisze Orliński. Camp, czyli kicz na odwrót Esencja kiczu? Tylko pozornie. W tak dużym nagromadzeniu kicz staje się narzędziem autorskiej gry z widzem, parodią samego siebie. Kiedy przestaje być naiwnie poważny, przestaje być kiczem. W sławnym eseju wydrukowanym w 1964 roku amerykańska intelektualistka i krytyczka Susan Sontag nazwała to zjawisko campem. Słowo pochodzi od francuskiego se camper - puszyć się. - Camp nie jest naturalną odmianą wrażliwości, jeżeli w ogóle taka istnieje - pisała Sontag. - Esencją campu jest jego uwielbienie dla wszystkiego, co nienaturalne, sztuczności i wyolbrzymienia.

Jako przykłady campu cytowała stare (w latach 60.!) komiksy z Flashem Gordonem, kobiece stroje z lat 20. (wraz z modnymi wtedy boa z piór) czy klasyczną wersję "King Konga" w reżyserii Ernesta Schoedsacka z 1933 roku. - Camp nie postrzega rzeczy w kategoriach piękna, ale sztuczności i stylizacji - pisała Sontag. Dlatego twórcy filmów czy książek przez lata uznawanych za kicz mogą się doczekać całkowitej rehabilitacji - wystarczy ich twórczość wziąć w ironiczny nawias.

Uwielbiany tandeciarz

Takiej rehabilitacji doświadczył Ed Wood, którego dwa lata po śmierci (zmarł w 1978 roku) obwołano "najgorszym reżyserem filmowym wszech czasów". Wood do dziś nie ma konkurencji, był bowiem twórcą niesłychanie płodnym i obdarzonym nieomylnym wyczuciem sztuki filmowej - w swoich ultraniskobudżetowych filmach łamał wszystkie jej reguły. Kręcił głównie horrory i filmy science fiction, czasami balansujące na pograniczu przyzwoitości i pornografii. Pod koniec życia, kiedy był alkoholikiem oraz bankrutem mieszkającym kątem w przyczepie kempingowej na działce przyjaciół, zajmował się także kręceniem prawdziwych filmów pornograficznych, chociaż zawsze z artystycznymi ambicjami.

W okresie swej wątpliwej świetności - latach 50. i 60. - Wood był autorem scenariuszy i reżyserem filmów o takich tytułach jak "Nekromania", "Orgia umarłych" czy "Masakra tasakiem do mięsa". Słynął z tego, że bez skrupułów korzystał z najtańszych efektów specjalnych. Kiedy kręcił film o inwazji Marsjan na Ziemię - "Plan 9 z dalekiego kosmosu" (ang. "Plan 9 from Outer Space") - latające talerze udawały modele ze sklepu z zabawkami. Kiedy jednak w sklepie skończyły się zapasy modeli, Wood w następnych scenach zamienił je na używane dekle samochodowe. Jego filmy były tak kiczowate i groteskowo nieudolne, że wkrótce po przedwczesnej śmierci 54-letniego reżysera zyskały liczny krąg fanów.

Obecnie organizowane są nawet festiwale filmów Wooda. Wydaje się cyfrowe reedycje tych obrazów na płytach DVD, a w latach 90. XX wieku ukazała się obszerna biografia reżysera. W 1994 roku Tim Burton nakręcił nawet film biograficzny o Woodzie, w którym główną rolę zagrał sam Johnny Depp. Film Burtona dostał Oscara za drugoplanową rolę Martina Landaua, skądinąd również gwiazdy niskobudżetowych seriali science fiction z lat 70. XX wieku. Paradoksalnie, chociaż z punktu widzenia kanonów rzemiosła filmowego dzieło Burtona było znacznie lepsze od wszystkiego, co Ed Wood nakręcił w swoim życiu, to Ed Wood jest dziś postacią kultową.

Wszystkie świadectwa wskazują, że Ed Wood nie miał nic wspólnego z campem - kręcił swoje kiczowate dzieła ze stuprocentową powagą i całkowitym zaangażowaniem. Jego filmy i powieści - pisał bowiem powieści grozy i thrillery - zostały przewartościowane dopiero po jego śmierci. Tak czy inaczej kicz doznał w ten sposób rehabilitacji, a sam reżyser stał się zaś jedną z ikon popkultury XX wieku. Trudno uchwytny pozostaje także kicz w innych dziedzinach twórczości - w muzyce oraz architekturze. Po śmierci papieża Jana Pawła II polski rynek muzyczny zalała prawdziwa fala "papieskich" płyt. Na listach przebojów znalazła się m.in. płyta "Pokój mój wam daję" - zbiór papieskich wypowiedzi na temat Polski, patriotyzmu i wiary, z "podłożonymi" pod nie muzycznymi impresjami: od "Boże, coś Polskę" po "Góralu, czy ci nie żal".

Na innej płycie z listy przebojów - "Zaufaj miłości" - znalazły się wersje pieśni religijnych (takich jak 'Barka" czy "Abba Ojcze") w tandetnych discopolowych aranżacjach i równie niedobrym wykonaniu. Krytycy nazwali falę takich przebojów popularnych po śmierci Papieża "papa polo" - podkreślając ich związek z ludową muzyką, uważaną przez nich za kwintesencję współczesnego muzycznego kiczu.

Szkodzi czy nie szkodzi?

Kłopot sprawia także gigantyczna bazylika w Licheniu (120 m długości i 99 m wysokości), inspirowana architekturą renesansowo-barokowej rzymskiej Bazyliki św. Piotra. Chociaż kościół powstał w latach 90. i zbudowano go z supernowoczesnych materiałów, stylem naśladuje budowle kilkaset lat starsze - zarówno jego formie, jak i pełnemu złoceń wystrojowi zarzucano kiczowatość. Nie przeszkadza to jednak setkom tysięcy pielgrzymów, którzy co roku z całego świata przyjeżdżają zobaczyć sanktuarium w Licheniu w poszukiwaniu religijnych przeżyć. Oczywiście popularność nie przesądza o jakości dzieła sztuki: miliony osób mogą uwielbiać kicz, ale nie przestaje on przez to być kiczem.

Krytycy i twórcy ze sfer "sztuki wysokiej" zajmowali takie stanowisko od czasu, kiedy o kiczu zaczęli mówić (w Polsce np. za zagrożenie i chorobę uważał go Andrzej Banach, autor jednej z najważniejszych książek o kiczu). Twórcy awangardowi z lat 20. i 30. - często sprzyjający politycznej lewicy - uważali także kicz za społecznie szkodliwy. Dla Teodora Adorno, jednego z najwybitniejszych XX-wiecznych teoretyków sztuki, kicz był rodzajem fałszywej świadomości - iluzją pomagającą ludziom zaakceptować niesprawiedliwy porządek społeczny.

Z punktu widzenia Adorno prawdziwa sztuka jest krytyczna i kontestująca ucisk społeczny; kicz - grzecznym i spokojnym fałszem skłaniającym człowieka do pogodzenia się ze swoją - złą - sytuacją życiową. Rehabilitacja kiczu nadeszła jednak szybko, bo już z modą na camp w latach 60. Towarzyszyło temu załamanie kryteriów: dziś krytykom znacznie trudniej twierdzić z przekonaniem, że wiedzą, co jest sztuką, a co kiczem. Myszka Miki w komiksie może być kiczem; jako fragment kolażu na obrazie w galerii - dziełem sztuki. Bardzo wiele zależy od kontekstu, w którym obraz się pojawia.

Disco polo górą

Ta niepewność teoretyków nałożyła się na charakterystyczną zmianę społeczną, którą zaobserwowali socjologowie badający Polskę lat 90. - m.in. Henryk Domański i Paweł Śpiewak. O ile kiedyś kultura popularna próbowała naśladować kulturę tworzoną przez grupy ludzi najlepiej wykształconych (i wówczas można było mówić o kiczu - nieudolnym naśladownictwie), dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej: istnieje wiele grup społecznych i wiele różnych gustów, które nakładają się na różne sposoby, ale pozostają niezależne. W 1998 roku Henryk Domański analizował styl życia wielbicieli disco polo - i okazało się, że najczęściej takiego gatunku muzyki słuchali robotnicy rolni, inżynierowie i technicy mieszkający w miastach, a najrzadziej - menedżerowie, inteligencja nietechniczna (np. nauczyciele, wykładowcy uniwersyteccy lub dziennikarze) oraz pracownicy biurowi. Wielbiciele disco polo - ci wykształceni i ci niewykształceni - nie mieli żadnych kompleksów, że słuchają muzyki, którą krytycy nazywali kompletnym bezguściem i kiczem. Ignorowali to. Był to spontaniczny bunt przeciwko narzuconym przez intelektualistów zasadom dobrego smaku - co więcej, biorąc pod uwagę liczby sprzedawanych przez muzyków tego nurtu płyt - bunt skuteczny.

Efekty tej rewolty każdy z nas może zobaczyć dzisiaj - wystarczy zajrzeć do kiosku, włączyć telewizor albo przejść się po osiedlach willowych, gdzie pełno jest pseudoszlacheckich dworków z kolumienkami i niby-zameczków. Nie ma kiczu, bo trudno go dokładnie rozpoznać i jednoznacznie odrzucić, a sami intelektualiści nie są pewni, czy mają prawo narzucać swój gust innym ludziom. Równocześnie kiczu jest pełno, bo otacza nas naprawdę wszędzie. Przed świętami zobaczymy go jeszcze więcej, bo jest słodki, wręcz cukierkowy, przyjazny i bezpieczny, a nikt nie chce być szokowany tuż przed Wigilią. Wesołych świąt!